Archiwum dla miesiąca: Sierpień 2016


blog

Kiedy niedawno specjaliści z British Airways przeprowadzili badania, by dowiedzieć się, na co pasażerowie zwracają największą uwagę podczas podróży samolotem, okazało się, że fundamentalną kwestią są posiłki i napoje (w tym wina) serwowane na pokładzie. Wyższe miejsce zajęła jedynie jakość obsługi przy odprawie. Wyniki badań były zaskakujące, bo przez lata linie lotnicze nie przywiązywały wagi do jakości win serwowanych w powietrzu. Dziś jest inaczej. Nie tylko zwraca się uwagę na jakość, ale też dba o dobór win do menu.

Czy można zatem powiedzieć, że od strony gastronomicznej samoloty zmieniły się w latające restauracje, które mogłyby powalczyć o gwiazdki Michelin? Pogląd raczej ryzykowny, ale standardy niektórych linii lotniczych zarówno pod względem karty win, jak i staranności ich doboru są wręcz imponujące.

Nietrudno zgadnąć, że im wyżej notowana jest linia lotnicza, tym lepiej zaopatrzona w wino będzie pokładowa piwniczka. Główne założenia linii lotniczych to bogaty wybór luksusowych win w pierwszej klasie i klasie biznes oraz tańsze, ale dobre jakościowo i dobrze dobrane do posiłków wina w klasie ekonomicznej. Jeśli chodzi o Europę, to pod tym względem od lat wysoki poziom utrzymują British Airways, Finnair, Air France czy Lufthansa. Poza Europą do ekstraklasy zaliczają się American Airlines, Singapore Airlines czy Qatar Airways.

W klasach ekonomicznych od kilku lat prym wiodą wina z Nowego Świata – Australii, Chile lub Argentyny. Działają te same mechanizmy, które sprawiły, że wina z tych krajów są najchętniej kupowanymi winami na świecie, w tym i w Polsce. Są przyjemne w smaku, do tego mają bardzo korzystny stosunek jakości do ceny. To bardzo istotna kwestia, bo liczba butelek wina kupowanych rocznie przez duże linie lotnicze jest zawrotna – w przypadku Lufthansy to 400 tys. butelek dla klasy ekonomicznej, a w przypadku Air France – 900 tys. butelek samego szampana! Bywają oczywiście wyjątki od tej polityki. Na przykład w samolotach Air France pasażerowie nie uświadczą win innych niż francuskie. Niektórzy przewoźnicy, jak na przykład American Airlines czy Air Canada, dobór wina uzależniają od przeznaczenia lotu. A zatem lecąc do Madrytu, możemy spodziewać się spotkania z hiszpańskim tempranillo, natomiast drogę do Tel Awiwu umili nam wybór win koszernych.

Nieco inaczej sprawy mają się w klasie biznes. Wybór win liczy nawet kilkaset pozycji. To m.in. najwyższej klasy wina Grand i Premier Cru z Bordeaux czy Burgundii oraz najznamienitsze gatunki szampanów z Dom Pérignon na czele, żebyśmy wiedzieli, za co płacimy. Niestety, nasz LOT na razie ma skromną ofertę w klasie biznes – trzy wina czerwone, trzy białe, szampan oraz porto dla lotów transatlantyckich.

Osobną kwestią jest obsługa samolotów, która coraz częściej szkolona jest nie tylko z zakresu bezpieczeństwa lotu, ale także ze znajomości winiarskiego asortymentu na pokładzie. Stewardzi i stewardesy odbywają profesjonalne kursy sommelierskie na temat odmian winogron, krajów winiarskich czy najlepszych roczników. Jeżeli ktoś z państwa leci właśnie samolotem, ma okazję przetestować obsługę. A kto decyduje o ostatecznym kształcie kart win proponowanych na pokładach samolotów? Większość renomowanych linii lotniczych współpracuje z konsultantami, którzy każdego roku testują setki gatunków win. To eksperci najwyższej klasy. Na przykład British Airways korzysta z usług m.in. Hugh Johnsona i Jancis Robinson, znanych pisarzy winiarskich i propagatorów wiedzy o winie. Singapore Airlines zatrudnia Stephena Spurriera, odpowiedzialnego za słynną paryską degustację z 1977 roku, która otworzyła drogę winom kalifornijskim, a w efekcie także winom z Nowego Świata na rynki europejskie (i dotkliwie upokorzyła słabiej ocenione wtedy wina francuskie). Air France z kolei postawiło na Oliviera Poussiera, który w roku 2000 został okrzyknięty najlepszym sommelierem na świecie. Takie przykłady wyraźnie pokazują, jak dużą wagę linie lotnicze przywiązują do winiarskiego asortymentu.

Wspomniani specjaliści muszą kierować się nie tylko jakością wina, lecz także tym, jak dane wino będzie się zachowywać na wysokości 10 tys. metrów. A raczej: jak pasażerowie będą postrzegać wino podczas lotu. Teoretycznie warunki w samolocie nie wpływają wyraźnie na jakość czy wytrzymałość wina. Można się oczywiście spotkać z winami skażonymi wadą korka lub nadmiernie utlenionymi, ale takie same niebezpieczeństwa czyhają na wina również na ziemi. Wrażliwe na warunki panujące w powietrzu mogą być szampan i inne wina musujące, dlatego np. British Airways zamawia szampan butelkowany pod mniejszym ciśnieniem, ale nie słyszałem o przypadkach niekontrolowanych wybuchów bąbelków na pokładzie.

Problem leży w czym innym. Na pułapie lotów rejsowych przy obniżonej wilgotności powietrza organizm odwadnia się i nasz zmysł smaku jest o 30 proc. mniej czuły niż zazwyczaj. Do tego alkohol zawarty w winie pogłębia stan odwodnienia, co jeszcze bardziej nasila efekt. Dlatego specjaliści zalecają picie dużej ilości wody podczas lotu dla lepszego samopoczucia, ale także dla głębszych doznań smakowych.
Zalecam wykonać prosty eksperyment i po wypiciu wina w samolocie skosztować tego samego wina na ziemi. Różnica jest wyraźna. Między innymi z tego powodu linie lotnicze tak chętnie serwują wina z Nowego Świata, które mają zazwyczaj zdecydowany, owocowy charakter i na dużej wysokości sprawdzają się lepiej niż finezyjne i delikatne wina europejskie.

Swoją drogą, niektórzy przewoźnicy, chcąc mieć stuprocentową pewność co do intensywności aromatów swoich win, poszli o krok dalej. Zamiast organizować panele degustacyjne na ziemi i zastanawiać się, jak dane wino zachowa się kilka kilometrów wyżej, pakują kilkadziesiąt skrzynek wina oraz swoich specjalistów do wynajętego samolotu i wysyłają w powietrze. Ot, takie winiarskie oblatywanie. A wszystko dla dobra naszego podniebienia.

Źródło

sting

Wielkie nazwiska i wielkie wina pasują do siebie. Zdarza się jednak, że sławy nie ograniczają się jedynie do kosztowania trunków, ale same zaczynają je produkować. W niektórych przypadkach jest to wynik niekłamanej pasji, czasami wyłącznie sposób na ulokowanie lub pomnożenie kapitału. Wśród gwiazd, które postanowiły zostać producentami wina, są jednak postaci uznawane za poważnych i cenionych winiarzy.

Szczególnie jeden dżentelmen związany ze światowym kinem, oprócz udanych filmów, ma na swoim koncie udane wina. Mowa tu o reżyserze Francisie Fordzie Coppoli. Twórca „Ojca chrzestnego” zajmuje się uprawą winorośli już od połowy lat 70.

XX wieku. W 1975 roku kupił posiadłość Inglenook w Napa Valley (Kalifornia), należącą wcześniej do Gustava Niebauma, znanego winiarza, który w latach 40. i 50. tworzył jedne z najlepszych kalifornijskich win w bordoskim stylu. Początkowo reżyser nie myślał o komercyjnej produkcji. Zakładał raczej, że winnica będzie służyć jemu i jego rodzinie jako typowa letnia rezydencja. Jednak dzięki namowom kalifornijskich winiarzy, którzy znali potencjał posiadłości, już w 1978 roku została wydana na świat pierwsza partia Rubiconu – flagowego trunku Coppoli. Jest to klasyczne wino z Kalifornii oparte na mieszance szczepów typowych dla Bordeaux, wysoko oceniane przez ekspertów i bardzo poszukiwane przez konsumentów.

Trudno powiedzieć, czy przeważa tu jakość wina, czy sława producenta, ale nie jest to jedyne wino Coppoli, które dobrze się sprzedaje. W 2006 roku reżyser kupił Chateau Souverain w Sonoma County, co pozwoliło mu na znaczne rozszerzenie oferty. Oprócz tego pod marką Coppoli produkowane są wina z gron skupowanych z różnych kalifornijskich regionów, takich jak Russian River, Dry Creek czy Alexander Valley. Obecnie w katalogu twórcy „Czasu Apokalipsy” widnieje kilkadziesiąt win czerwonych, białych, różowych i musujących. Swoją drogą „Czas Apokalipsy” to dzieło, przez które o mały włos dzisiaj nie byłoby śladu po winiarskiej działalności Coppoli. Koszty produkcji filmu zmusiły bowiem reżysera do zastawienia winnicy. Szczęśliwie możemy obecnie rozsmakowywać się zarówno w filmie, jak i w winie.

Dzisiaj wina produkowane przez Coppolę można podzielić na dwie grupy. W pierwszej są te pochodzące z dawnej posiadłości Niebauma, która od kilku lat nosi nazwę Rubicon Estate. Produkowane są w klasycznym, francuskim stylu, jak wspomniany już wcześniej Rubicon. Nawet etykiety win z Rubicon Estate
nawiązują do francuskich wzorców. Druga grupa to wina, które pochodzą z innych kalifornijskich posiadłości reżysera i mają bardziej lokalny, ale też nowoczesny charakter. Są w zdecydowanie lżejszym stylu, mają oddawać klimat stanu Kalifornia. Podkreślają to nawet butelki, które często przybierają abstrakcyjne kształty. Jakiś czas temu Coppola wprowadził wino w niewielkiej buteleczce o kształcie kieliszka. Po otworzeniu nie trzeba nawet przelewać zawartości do innego naczynia. Ma to być idealne rozwiązanie dla restauracji… No cóż, w końcu kreatywność to narzędzie pracy twórców kina.

Kolejną postacią, również wywodzącą się ze świata kina, która oprócz filmów produkuje wino, jest francuski aktor Gérard Depardieu. Artysta znany jest z miłości do dobrej kuchni, co uwidacznia się w jego słusznej posturze. Sam jest właścicielem dwóch restauracji w Paryżu – La Fontaine Gaillon i L’Ecaille de la Fontaine. Miłości do wina również nie można mu odmówić. Jak sam wspomina, były czasy, kiedy wypijał nawet osiem butelek
dziennie. Choć zaznaczał, że działo się tak wtedy, kiedy był nieszczęśliwy lub miał szczególnie nieudany dzień, bo gdy wszystko szło po jego myśli i tryskał dobrym humorem, to ograniczał się do wypicia… pięciu butelek. Ile w tych deklaracjach aktorskiej pozy, a ile prawdy, trudno ocenić, jednak w końcu otarcie się o alkoholizm i poważne problemy zdrowotne zmusiły aktora do umiaru. Dziś raczej degustuje wina, aniżeli ich nadużywa.

Depardieu to winiarz z niemałym już doświadczeniem. Pierwsze kroki w tej dziedzinie stawiał ponad trzy dekady temu. Wszystko zaczęło się w 1979 roku. Wtedy to aktor kupił swoją pierwszą winnicę. Była to posiadłość w Burgundii, a dokładniej w Nuits-St-Georges. Lata 80. to rozrost winiarskiego imperium Depardieu. W 1983 roku nabył winnicę w Condrieu, a w 1989 roku kolejną perełką w koronie stało się Château de Tigné w Andegawenii. Wiek XXI to enologiczna ekspansja Obeliksa. W tym czasie nawiązał kilka interesujących znajomości z poważnymi graczami na rynku winiarskim. Otworzyło mu to drogę do uzyskania udziałów w kilkudziesięciu winnicach na świecie. Łącznie francuski artysta posiada na własność bądź ma udziały w niemal 30 winnicach we Francji, Włoszech, Hiszpanii, Maroku, Algierii, Portugalii czy Argentynie. Większość ekspertów i współpracowników Depardieu jest jednak zgodna, że nawet przy tak rozlegle umiejscowionych włościach, nie ma mowy o zaniedbywaniu jakości produkowanych w nich win. Aktor przykłada do tego dużą wagę. Jego winnice cechuje niska wydajność i szacunek dla tradycyjnych metod, co korzystnie wpływa na jakość trunku. Udział chemicznych środków przy uprawie winorośli jest minimalny. Aktor unika wszelkich konkursów winiarskich, działając często na przekór aktualnym trendom. Dzięki temu jego wina (głównie czerwone, bo Depardieu te właśnie preferuje) są pełne charakteru.

Muzyczny odłam show-biznesu także ma reprezentantów w świecie winiarzy. Uprawą winorośli zajmują się m.in. Mick Hucknall z grupy Simply Red oraz Jim Kerr z Simple Minds. Cenionym winiarzem i jednocześnie jednym z pionierów winiarstwa w amerykańskim stanie Arizona jest Maynard James Keenan, wokalista grupy Tool. Ale na palmę pierwszeństwa wśród artystów, którzy co jakiś czas zamieniają gitary na sekatory, zdecydowanie zasługuje Sting. W 1997 roku muzyk kupił okazałą posiadłość o dźwięcznej nazwie Il Palagio w toskańskiej wiosce Figline Valdarno, 30 kilometrów na południe od Florencji. Oprócz stanowiącego jej centrum zabytkowego pałacu ma do dyspozycji ponad 900 akrów ziemi. W momencie zakupu na części tej powierzchni znajdowała się już winnica, ale jej stan był raczej opłakany. Kilka lat i kilka milionów euro później powiększona, uporządkowana i czule pielęgnowana rodzi kilka odmian winorośli, które na toskańskiej ziemi czują się wyśmienicie: sangiovese, cabernet sauvignon, merlot i kilka innych endemicznych szczepów.

W sierpniu 2010 roku Sting otworzył w Toskanii sklep Tenuta il Palagio oferujący produkty z posiadłości. Między innymi wino Sister Moon, którego nazwa pochodzi od tytułu jednego z utworów muzyka. Jest ono produkowane oczywiście w sposób ekologiczny, tak samo zresztą jak inne wyroby Stinga farmera, pochodzące z jego posiadłości – oliwa z oliwek, salami czy miody. Były „Policjant” znany jest z proekologicznych poglądów.

Sławnych ludzi ze świata filmu, muzyki i sportu, którzy zainteresowali się winiarstwem jest więcej. Aktor Antonio Banderas kupił niedawno winnicę w hiszpańskim regionie Ribera del Duero. Mają je także aktorzy Dan Aykroyd i Olivia Newton John, hokeista Wayne Gretzky i piosenkarz Cliff Richard. I nic w tym dziwnego. Czy można sprawić sobie większą przyjemność niż butelka dobrego wina z własnej posiadłości?

Źródło

jak-wino

W 2009 roku Peter Mayle, amerykański pisarz od lat sławiący uroki życia w Prowansji, wydał książkę „Wytrawny przekręt”. Motywem napędzającym akcję była kradzież kolekcji luksusowych win bordoskich, która dotknęła bogatego prawnika z Los Angeles.

Dla kolekcjonerów win podobna wizja to najkrótsza droga do zawału serca. Najlepsze roczniki z najsłynniejszych winnic Bordeaux czy Burgundii są dziś bowiem taką samą formą lokaty kapitału jak papiery wartościowe. Na przykład skrzynka Lafite Rothschild rocznik 1982 przez ostatnie pięć lat podrożała z 4,2 tys. do 21,5 tys. funtów.

Cóż, wino to nie tylko uczta dla podniebienia, ale i poważny biznes. Pod jednym warunkiem: trunek musi dotrwać bez uszczerbku na jakości do momentu, kiedy osiągnie pełnię smaku i szczyt wartości rynkowej. Najsłynniejsze wina świata potrzebują kilkudziesięciu lat spokojnego leżakowania, by osiągnąć apogeum walorów. W tym czasie na butelki czyha wiele niebezpieczeństw. Nie tylko rabusie, ale też światło, temperatura, a czasem… zbyt blisko przejeżdżający tramwaj. Nie dziwi więc, że profesjonalne przechowywanie butelek o wrażliwej zawartości stało się gałęzią biznesu winiarskiego.

Bank w starej kopalni

Szlachetne wina potrzebują spokoju i stabilizacji. W pomieszczeniu, w którym są składowane, powinna panować stała temperatura (12-14 st. °C) i wilgotność powietrza (ok. 70 proc.). Ważne też, aby nie narażać butelek na nadmierny kontakt ze światłem i chronić je przed wibracjami. Niewskazana jest także bliskość źródła wyrazistego zapachu. Aby sprostać kaprysom winiarskich gwiazd, na całym świecie powstają hotele dla win – banki winne, które zapewniają wszystkie wygody.

Do osiągnięcia idealnych warunków wykorzystuje się odpowiednią architekturę oraz najnowocześniejsze systemy elektroniczne. Część hoteli dla win buduje się od podstaw, ale inwestorzy chętnie adaptują do tych celów już stojące budynki: zabytkowe piwnice, dawne składy broni artyleryjskiej, schrony przeciwlotnicze – konstrukcje budowane w starym, solidnym stylu, z grubych cegieł i z dobrą wentylacją. Jeśli warunki nie są idealne, niedociągnięcia koryguje się za pomocą elektronicznej aparatury regulującej mikroklimat. Na przykład jeden z hoteli dla win, Octavian Vaults w angielskim Corsham, został urządzony w starej kopalni. Do transportu skrzynek z winami wykorzystuje się hydraulicznie napędzane kolejki, a z racji dawnego przeznaczenia pomieszczeń, pracownicy i klienci przybytku zobowiązani są do noszenia masek przeciwgazowych.

W winnym banku skarbce wyposażone są w systemy monitoringu działające całą dobę. Popularne stają się także internetowe kamery, dzięki którym właściciele mogą kontrolować stan zbiorów i warunki mikroklimatyczne w pomieszczeniu. Aby dostać się do win, trzeba przejść kilkuetapową kontrolę łącznie z elektroniczną identyfikacją odcisków palców czy barwy głosu. Każdy posiadacz skrytki w banku winnym otrzymuje osobisty kod, który otwiera drzwi do jego prywatnej kolekcji. Korzysta się także z usług firm ochroniarskich.
Korzystanie z usług hoteli dla win nie jest wyłącznie snobistyczną fanaberią właścicieli cennych zbiorów. To także wymóg rynkowy. Nikt nie zdoła sprzedać choćby butelki najlepszego nawet rocznika Château Lafite czy Château Petrus, jeśli do wina nie zostanie dołączony certyfikat, który jest dowodem odpowiedniego przechowywania wina od butelkowania do sprzedaży. Kto więc traktuje wino jako inwestycję, otworzenie „konta” w banku winiarskim powinien uznać za obowiązkową część biznesplanu.

Najlepiej jak najbliżej

Najbardziej znane hotele dla szlachetnych trunków działają zazwyczaj w pobliżu znanych regionów winiarskich (np. w Kalifornii), ale także blisko światowych centrów finansowych (Nowy Jork, Singapur czy Hongkong). Jednak najsłynniejsze banki winne znajdują się w Europie, głównie w Bordeaux i Londynie, ale także w Szwajcarii i Niemczech.

Z grubsza można podzielić je na trzy kategorie. Pierwsza to komercyjne pomieszczenia do wynajęcia dla prywatnych klientów, przeznaczone zazwyczaj dla mniej prestiżowych zbiorów (w londyńskim Fulham działa na przykład Big Yellow Self Storage Company, w Los Angeles popularny jest The Wine Hotel). Druga to magazyny, które są własnością instytucji zajmujących się inwestowaniem w wino i obracaniem zakupionymi już zapasami (na przykład słynna firma Berry Bros., która dba o piwniczkę brytyjskiej rodziny królewskiej od czasów Jerzego III, czyli od dwóch stuleci).
Najbardziej prestiżową kategorią wśród hoteli dla trunków są piwnice przylegające do najsłynniejszych winnic świata. Zasada jest prosta. Im dalej od miejsca pochodzenia przyszło dojrzewać danej butelce, tym mniejsza będzie jej wartość w dniu sprzedaży. Na przykład skrzynka Château Latour, rocznik 1961, która nigdy nie opuściła winnicy, osiągnęła cenę 56,4 tys. dolarów. Identyczna skrzynka, ale przetransportowana do Londynu, warta jest ponad dwa razy mniej. Różnice w cenie nie zawsze są aż tak duże, ale zwykle szlachetny trunek, który podróżował, traci 20-30 proc. wartości.
Każda kategoria hoteli ma oczywiście swój cennik. Ceny zależą między innymi od tego, czy oprócz składowania wina klient korzysta z innych usług firmy (np. czy kupuje wina z katalogu) lub od pakietu ubezpieczeń, jaki zdecyduje się wykupić. W Wielkiej Brytanii, która jest zagłębiem banków winnych, ceny wahają się od 10 do 30 funtów za roczne przechowanie jednej skrzynki. Na pierwszy rzut oka to niewygórowana stawka, ale należy pamiętać, że zwykle winni inwestorzy posiadają kilkadziesiąt lub nawet kilkaset takich skrzynek.

Dobre miejsce na kolację

Hotele dla win czy banki winne coraz częściej pełnią także funkcję miejsc spotkań towarzysko-biznesowych. Posiadacze enologicznych zbiorów mogą korzystać z pomieszczeń piwnicznych, bo właściciele urządzają w nich ekskluzywne bary i restauracje. Tak jest na przykład w Balthasar Ress Weinbanku w niemieckim Hattenheim. Można zatem zaprosić partnera biznesowego na degustację wina czy wykwintną kolację wśród luksusowych butelek. Potencjalny kontrahent wygląda przecież znacznie bardziej wiarygodnie, gdy za jego plecami kurzy się kolekcja win warta tysiące euro.

Źródło

jak-wino

Czy oprócz chińskiej kuchni nasze podniebienia niebawem pieścić będzie chińskie wino? Wszystko na to wskazuje. Szacuje się, że w przyszłym roku Chińczycy wyprodukują 128 mln skrzynek, co pozwoli na zajęcie piątego miejsca wśród największych producentów wina na świecie. A brytyjska firma Berry Bros and Rudd, inwestująca w wina m.in. w imieniu brytyjskiej królowej, prognozuje, że w ciągu 50 lat Chiny mogą zostać światowym numerem jeden!

Jednak już dziś chińskie winiarstwo prezentuje się okazale. Najważniejsze regiony to zatoka Bohai niedaleko Pekinu, półwysep Shandong, region Hebei na północy, a także dolina rzeki Jangcy. Kluczowi zaś producenci to Dragon Seal, Dynasty i Changyu. Większość produkowanego w Chinach wina nigdy jednak nie opuszcza rodzimego rynku. Na przeszkodzie stoi kilka czynników, wśród których najistotniejszym jest jakość. W Chinach nie ma żadnych regulacji dotyczących sposobu wytwarzania, więc chińskie wina bywają paskudne. Druga sprawa to czas, który musi upłynąć, zanim koneserzy win francuskich czy chilijskich zaczną uważać wina chińskie (nawet te najlepsze) za poważny produkt.

Ale Chińczycy czują potencjał i na pewno zrobią wiele, żeby uszczknąć jak największy kawałek tego tortu. Jeśli będzie trzeba, skopiują po prostu system apelacji, jaki funkcjonuje we Francji czy Włoszech. Wtedy najsłabsze wina zasilać będą rynek krajowy, najlepsze walczyć o światowe rynki. Chińskiemu winiarstwu dobrze wróży też zachodni kapitał i know-how. W 2009 r. w winnicę na półwyspie Penglai w prowincji Shandong zainwestowało bordoskie Château Lafite. Wcześniej chiński potencjał wyczuł jeden z najbardziej znanych winiarzy na świecie, Hiszpan Miguel Torres i zawiązał z Chińczykami joint venture. W Chinach inwestują również tak znane marki, jak Remy Martin czy Pernod Ricard. Bardzo częstą praktyką jest także zatrudnianie w chińskich winnicach zachodnich winemakerów. To wszystko sprawia, że jakość chińskich trunków się poprawia.

Nowa klasa średnia Państwa Środka rozsmakowała się w winie. Uważa się, że w Chinach jest mniej więcej 100 mln miłośników wina, a konsumpcja w latach 2005-2009 się podwoiła. Najwięcej wina do Chin eksportuje Francja. Tamtejsze elity tak bardzo upodobały sobie luksusowe wina francuskie, że stanowią obecnie ich największego odbiorcę, bijąc pod tym względem dotychczasowych liderów – Wielką Brytanię i USA.

Szczególnie ważne miejsce dla obrotu najznamienitszymi winami z Bordeaux i Burgundii stanowi Hongkong. W styczniu na aukcji Sotheby’s sprzedano tam wino o łącznej wartości 14,6 mln dolarów. Oczywiście tak astronomiczne kwoty to wynik kupowania głównie bordoskich klasyków (skrzynka Petrus, rocznik 1982 – 77,5 tys. dolarów), ale Francuzi umiejętnie podkręcają ceny swoich trunków. Na przykład Château Mouton Rothschild wypuściło na chiński rynek specjalną edycję rocznika 2008, którego etykietę zaprojektował znany chiński artysta Xu Lei. Efekt? Wartość wina wzrosła o 80 procent.

Jednak na tym nie kończy się miłość Chińczyków do Bordeaux. Niektórzy inwestorzy zamiast kupować produkt końcowy, kupują jego źródło – bordoskie château. W styczniu leżąca w gminie Lalande-de-Pomerol posiadłość Château de Viaud została zakupiona przez chiński koncern spożywczy COFCO. Nieco wcześniej chińskie firmy przejęły m.in. Château Richelieu w podregionie Fronsac oraz Château Latour-Laguens.

Co na to Francuzi? Witają dalekowschodnich inwestorów z otwartymi ramionami. Kryzys zrobił swoje i wiele francuskich posiadłości zaczęło podupadać, a Chińczycy są zapatrzeni we francuską kulturę wina i jego jakość. Pilnie uczą się kunsztu od tamtejszych enologów. Miejmy nadzieję, że w przyszłości wykorzystają zdobytą wiedzę, wytwarzając wysokiej klasy wina w rodzimych winnicach.

Źródło